facebook


Najnowszy News

Br. Andrzej Gancarczyk SCJ radnym Prowincji Stanów Zjednoczonych

 

Jubileusz ks. Józefa Gawła SCJ

gawel cz Złoty Jubileusz kapłaństwa obchodzi w tym roku ks. Józef Gaweł SCJ. Za dar powołania do sercanów i kapłaństwo codziennie odmawia Te Deum.


     

     Osiedli w Węglówce jest ponad dwadzieścia, a Nad rzeką (dawniej Judaszówka) zna tutaj każdy. Żeby tam dotrzeć, trzeba przejechać tuż za szkołą przez potok, a potem prosto w górę. Droga jest bita i kamienista, a na jej końcu obok nowych, okazałych budynków stoi na kamiennej podmurówce drewniana chata. Ma już 88 lat i dobrze się trzyma.

Rodzinne gniazdo

     Zimą, która w tej górzystej wiosce jest zazwyczaj sroga, 1 lutego 1943 r., w czasie ciemnej okupacji niemieckiej, w jednej z izb z oknem wychodzącym na duży sad, przyszło na świat kolejne dziecko Marii i Wojciecha Gawłów. Na chrzcie dano mu Józef.

     - Byłem czwartym w kolejności dzieckiem. Potem urodziły się jeszcze dwie siostry, a dzieciństwo, podobnie jak innych rówieśników, wypełnione było pracą w polu, pasieniem krów, chodzeniem do szkoły i kościoła – opowiada jubilat, ks. Józef Gaweł, oprowadzając po rodzinnym domu, który od strony ogrodu miał kiedyś werandę. Na strychu zachowała się drewniana kołyska, w której bujały się dzieci Gawłów, ale też wypożyczano ją sąsiadom.

     Na werandzie domu zbudowanego przez Wojciecha Gawła w 1930 r., zazwyczaj wieczorową porą przesiadywali wszyscy domownicy i rodzeństwo po zmarłej w 1921 r. na tyfus babci.  Rozmawiali, śmiali się i śpiewali piosenki, do których przygrywała na akordeonie siostra Jasia.

      Mimo, że było ich razem sporo, nigdy nie odczuli głodu, a nawet dzielili się z sąsiadami, zwłaszcza podczas wojny. Dzielili się też tym, co obrodziło pole i dała stajnia z partyzantami, którzy wieczorami przychodzili z lasu po jedzenie i spali na sianie rozlokowani po domach przed dowódcę.

  - Miałem zaradych rodziców i świątobliwą mamę, która żyła jedynie 56 lat. Pamiętam, jak co tydzień przez Łysinę chodziła pieszo do Myślenic, by dostarczyć jedzenie bratu, który uczył się w liceum. Żyła dla nas i dla Boga. Kiedy na podniesienie w kościele dochodził do domu dźwięk sygnaturki razem z nami klękała w domu, a w czasie wykopek odmawialiśmy wspólnie różaniec. Także śpiewaliśmy w domu Gorzkie Żale – wspomina wzruszony ks. Józef, dodając, że miał szczęście być przy jej śmierci, a zmarła w uroczystość Wniebowzięcia NMP.

     - Przyjechał niemal w ostatniej chwili. Były wtedy żniwa. Mama zawsze chciała, by Józek był przy niej, kiedy będzie umierała i to życzenie chyba wymodliła – dodaje Aleksander Gaweł, brat Jubilata.

      W głębi ogrodu pod dużą lipą stoi kapliczka z niewielką figurką Matki Bożej. W tym miejscu znajdowała się od 1915 r. kuźnia Stanisława Zięby, który jak zrobił pług, nie oparła mu się żadna kamienna skiba. Niektóre stare jabłonie w sadzie posadził jeszcze ks. Józef. Zawsze lubił pracę związane z sadzeniem roślin, przycinaniem drzew i krzewów, pielęgnacją trawnika, co potem czynił w nowicjacie w Pliszczynie i w Stopnicy. Był to dla niego swoisty odpoczynek, ale też okazja, by pomedytować nad pięknem stworzenia.

     - Byłby na pewno dobry rolnik z niego, ale lubił się uczyć i chodzić do kościoła, gdzie poznał księdza Władysława Majkę, który często przyjeżdżał ze Stadnik na grzyby, a po zajęciu przez władze klasztoru był tu mistrzem nowicjatu. Zaimponował mu pod wieloma względami – opowiada brat Olek.

      - Ksiądz Majka to jedna z najważniejszych osób na drodze mego powołania. Uczył nas nie tylko duchowości sercańskiej, ale zachwytu wobec piękna przyrody. Mówił nam, że jak zobaczysz pierwszą śnieżyczkę westchnij: Chwała Ojcu… , a jak niesiesz róże na ołtarz, nie wąchaj, bo to dar dla Jezusa i Matki Bożej – wspomina ks. Gaweł, dodając, że ludzie patrząc na niego, jak się modli, rozmawia, w jaki sposób mówi kazania, widzieli w nim świętego zakonnika, który kochał na całego Serce Jezusa.

     O sercanach usłyszał zanim jeszcze w wiosce pojawili się nowicjusze i ks. Majka. Był już wtedy ministrantem, a nawet szefem grupy prawie 80 chłopców, którzy służyli przy ołtarzu w dolnym kościele zbudowanym z kamienia w centrum Węglówki. W parafii prowadzonej dotychczas przez duchownych diecezjalnych, 1 września 1952 r. zjawili się nowi księża, którzy mieli podobne sutanny co poprzednicy, ale przepasane czarnym sznurkiem. Wnet rozeszła się po wiosce wieść, że są to sercanie, a ich Założycielem jest francuski kapłan – Jan Leon Dehon. Nowy proboszcz, ks. Adam Gąsiorek wiedział o nim sporo, bo przygotowywał się do kapłaństwa w Belgii, a otrzymał je we Francji, ojczyźnie Założyciela sercanów.

      W tym czasie mieszkańcy wioski byli ze sobą skłóceni i podzieleni na dwa obozy. Pierwszy skupił się wokół starszego kościółka w górnej części wioski, natomiast drugi wokół zbudowanego przed wojną kościoła w dolnej części Węglówki, który wkrótce stał się główną świątynią parafialną.

      - Arcybiskup Baziak prosząc sercanów o objęcie duszpasterstwa w Węglówce miał nadzieje, że głosząc miłość Serca Jezusowego potrafią pojednać skłóconych ze sobą parafian, co udało się księdzu Gąsiorkowi i było swoistym cudem – opowiada ks. Gaweł.

     Dla kilkunastoletniego wtedy ministranta ks. Gąsiorek był prawdziwym autorytetem i znakomitym organizatorem życia religijnego. Ale nie tylko. Oprócz wprowadzonych pięknych nabożeństw, co podobało się ludziom, organizował wycieczki, zawody sportowe, a przede wszystkim Jasełka i Misterium, w którym Józef Gaweł grał apostoła Jana.

     - Misterium taką miało sławę, że przyjeżdżali ludzie z okolic i przystawiali drabiny do okien by zobaczyć przedstawienie. Potrafił swą gorliwością i słowem przyciągnąć do kościoła, podobały się nam jego inicjatywy duszpasterskie, a organizowane wypady poza wioskę były dla nas wielkim świętem – podkreśla ks. Gaweł, który dzięki niemu poznał wtedy Stadniki i otwarte dla chłopców pragnących się dalej uczyć Małe Seminarium.

Musisz być księdzem…

       Był rok 1957. Po ukończeniu siedmiu klas Szkoły Powszechnej rodzice wyznali mu, że trudno im będzie wspomagać go w dalszej nauce. Tymczasem proboszcz ogłosił, że do Małego Seminarium przyjmowani są bez większych opłat młodzieńcy. Zgłosił się więc razem z innym ministrantem z wioski, a z sąsiedniego Zagródca aż pięciu, min. Władysław Majkowski i Stanisław Filipiak.

      - Tak wyglądałem, kiedy miałem 14 lat i opuściłem Węglówkę, by dalej się uczyć – pokazuje na wiszące w jednym z pokoi rodzinnego domu zdjęcie. Obok kilka innych, z audiencji u papieża Jana Pawła II i tablo ostatniego rocznika swych nowicjuszy w Stopnicy wśród których był obecny proboszcz w Węglówce, ks. Sławomir Kamiński.

       Ks. Gaweł opowiada o wielu kapłanach, jacy w dzieciństwie i w młodości pojawili się na jego drodze. Z sentymentem wspomina proboszcza z lat okupacji, ks. Kuźmę, który jako pierwszy powiedział do niego: „Ty, Józiu, musisz być księdzem!”. Ten świątobliwy kapłan często leżał krzyżem w kościele, kiedy Niemcy zagrozili, że spalą wioskę za pomoc partyzantom, co zrobili w nieodległym Lipniku. Kiedy wojna się skończyła ludzie byli przekonani, że ocalenie wioski zawdzięczają opiece Maryi, dlatego ks. Kuźma poczynił starania, by nową patronką parafii była Matka Boża Nieustającej Pomocy.

            Po dwóch latach nauki w Małym Seminarium, Józef Gaweł razem z jedenastoma kolegami wyraził chęć zostania sercaninem i rozpoczął postulat na Lachówce w Mszanie Dolnej. Ów rocznik był jednocześnie pierwszym, jaki pojawił się w nowej siedzibie nowicjatu w Pliszczynie k. Lublina w roku 1959. Ale tak się złożyło, że pierwszą profesją złożył nie w nowicjacie lecz w Tarnowie, 29 września 1960 r.

            - To był zbieg okoliczności, ponieważ nagle zamknięto dom na Lachówce, więc nowi postulanci przyszli już do Pliszczyna i musieliśmy kątem przez jakiś czas koczować na walizkach, bo nie mogliśmy się pomieścić. Ponieważ prawo dopuszczało przebywanie dwa tygodnie poza nowicjatem, złożyliśmy pierwsze ślubu w Tarnowie – wyjaśnia ks. Gaweł.

            Dodaje jeszcze, że był to wyjątkowy czas, w którym mógł się utwierdzić w przekonaniu, że jest na właściwym miejscu.

            - W zasadzie nie miałem chwil zwątpienia. Cieszyłem się, że mogę się więcej modlić, adorować i wynagradzać. To mi odpowiadało, choć byliśmy na dorobku co do wyposażenia domu. Każdy miał swoje krzesło, które nosił po całym domu: do kaplicy, jadalni, do sali spotkań i studium – wspomina.

            W Tarnowie robił korespondencyjne liceum, do czego potrzebował zaświadczenie, że gdzieś pracuje. Więc załatwiono takie, że był rolnikiem. Po maturze w 1962 r. przeniósł się na dwa lata do Płaszowa, gdzie – jak sam podkreśla – przeszedł solidną szkołę filozofii, zakończoną egzaminem przed komisją. Następnie na teologii słuchał wykładów wybitnego dogmatyka ks. Ignacego Różyckiego, a u ks. Józefa Rozwadowskiego, późniejszego biskupa zdawał katechetykę.

            - W Stadnikach znów spotkałem księdza Majkę, a były to czasy drugiego Soboru Watykańskiego, który wprowadzał wiele reform w Kościele, szczególnie w liturgii, co wywoływało niemało dyskusji. I kiedy pojawiło się wiele wątpliwości, co robić, w jakim kierunku iść, zawsze odwoływano się do autorytetu księdza Majki, mówiąc: a co na to powie ksiądz Majka? Jego obecność w tamtych latach była wielkim błogosławieństwem dla prowincji – podkreśla ks. Gaweł.

Było to o godzinie 8.15

            Śluby wieczyste złożył w seminaryjnej kaplicy przed wystawionym Najświętszym Sakramentem, a diakonat otrzymał 30 marca 1968 r. w kościele Bernardynów w Krakowie. W tym samym roku, w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego 21 czerwca, w kościele Karmelitów Bosych w Krakowie bp Julian Groblicki udzielił mu święceń kapłańskich.

            - Jeden z księży powiedział mi potem, że popatrzył na zegarek, kiedy biskup włożył na moją głowę ręce. Była to godzina 8.15, a Msza święta rozpoczęła się o godzinie 7.00. Prawie wszyscy klerycy wyruszyli do Krakowa na święcenia o trzeciej w nocy – wspomina, dodając, że na drugi dzień razem z kolegami (Jerzy Klima, Władysław Majkowski, Czesław Kozieł), odprawili Mszę św. prymicyjną w seminaryjnej kaplicy.

            W Węglówce, najwięcej powołań jest do sercanów, a ważną rolę w tym względzie odegrał wspomniany już proboszcz ks. Franciszek Kuźma, znający sercanów ze Stadnik. To u niego pasł krowy i owce Władysław Łukasik, który ze swym bratem Stanisławem wstąpili do Zgromadzenia i w czerwcu 1956 r. mieli tutaj swe prymicje. Sześć lat później mieszkańcy witali trzeciego sercańskiego prymicjanta – ich brata Andrzeja. Z wioski pochodzą też bracia zakonni – Stanisław Jasek i Franciszek Zięba.

            - Na moich prymicjach kazanie głosił ksiądz Gąsiorek, a przyjęcie gości było w domu rodzinnym. Rodzice już nie żyli, więc wszystko zorganizowało rodzeństwo, za co jestem im do dziś bardzo wdzięczny – mówi ks. Gaweł, pokazując wiszącą na ścianie jedną z pamiątek prymicyjnych od matek z Róż Różańcowych – obraz Matki Bożej Ostrobramskiej.

            - Było wtedy bardzo biednie, ale cala rodzina zmobilizowała się, by zorganizować przyjęcie dla prawie 180 gości przy stołach w ogrodzie. Mieliśmy trochę lodu z rzeki na mięso, ale się roztopił, więc do stajni przywieźliśmy sporo ziemi, która spełniała rolę lodówki – wspomina bratowa Maria, dodając że z okazji prymicji zbudowali także stodołę, by w razie deszczu umieścić w niej gości.

Kapłański szlak

       Po prymicjach miał jechać do Rzymu, na dalsze studia. Nie otrzymał jednak paszportu, a niedawno dowiedział się z dokumentów IPN-u o powodach odmowy. „Należy do zgromadzenia księży reakcjonistów i dał tego dowód w czasie rozmowy” – napisano. A był – jak mówi - tylko przy okienku, gdzie składa się prośbę o paszport.

            Przełożeni więc skierowali go na KUL w Lublinie. Jednak okazało się, że coś się dzieje w płucach, więc na 8 miesięcy trafił do sanatorium w Zakopanem, potem jeszcze przez 5 miesięcy kurował się pod Tatrami mieszkając u sióstr. Gdy wrócił do Stadnik, gdzie nadal się leczył, znajomy lekarz wyjawił mu, że uciekł „spod łopaty”.

            Po niemal dwuletniej rekonwalescencji obronił w 1973 r. u bpa Bronisława Pylaka licencjat z teologii dogmatycznej pisząc pracę pt. „Pojęcie laikatu w Lumen Gentium”. Coraz bardziej interesowało go powołanie świeckich do świętości, co później znalazło swój wyraz w działalności pisarskiej i odpowiedzialności w prowincji za Sercańską Wspólnotę Świeckich.

            Mając za sobą pięcioletni staż kapłański powierzono mu funkcję magistra kleryków w seminarium i był radnym prowincjała ks. Jana Bema. W tym czasie wrócił pomysł studiów w Rzymie, więc pojechał na rok, uczęszczając na Instytut Duchowości „Teresianum” i na wykłady w Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim. Gdy wrócił w 1975 r. do Polski, został na cztery lata ojcem duchownym kleryków. Dojeżdżał także przez 3 lata na pierwsze piątki do sióstr Wizytek w Krakowie, poproszony o to przez ks. Mieczysława Malińskiego.

            - W tym czasie zaczęła się moja nowa przygoda, która wydawała się ważniejsza niż pisanie doktoratu. Opracowałem sobie rekolekcje dla sióstr i wiernych, których – jak ostatnio podliczyłem – wygłosiłem ponad 330 serii w całej Polsce. Głoszenie rekolekcji dawało mi zawsze dużo radości i zapału - podkreśla.

            W dawnym dworku należącym do dziedziczki Róży Kołaczkowskiej i kupionym w 1957 r. przez sercanów, po gruntownym remoncie i przebudowie, w lipcu 1959 r. otwarto nowicjat. Ks. Gaweł został tutaj w 1979 r. mistrzem nowicjuszy.

            Opowiada, że w tym czasie był w prowincji boom powołań, co niektórzy wiązali z wyborem kard. Wojtyły na papieża i pierwszą pielgrzymką do Polski. Bywały roczniki ponad 30 osobowe.

            - Ówczesny prowincjał ksiądz Kunda, którego bardzo ceniłem, mówił, że widocznie Bóg ma jakieś plany wobec sercanów, skoro nam błogosławi powołaniami. Potem okazało się, że wielu z nich wyjechało na misje i na Wschód – zauważa.

            Wychowawcą nowicjuszy był także w Stopnicy po przeniesieniu tam nowicjatu w 1983 r. Wcześniej, przez 8 miesięcy był proboszczem w Pliszczynie. W 1989 r. po niespodziewanej śmierci rektora w Stopnicy ks. Stawczykowskiego pełnił przez 2 lata tę funkcję, ale magistrem już nie był. Podsumowuje, że w ciągu 11 lat bycia mistrzem nowicjatu 250 osób zaczynało pod jego okiem nowicjat, z czego 175 złożyło pierwszą profesję.

            Nie na długo jednak rozstał się z formacją, bowiem gdy pojawiła się prośba z Wiednia, gdzie otwarto nowicjat dla byłych kleryków z Polski, zgodził się służyć swym doświadczeniem i znajomością duchowości Zgromadzenia.

Nowe pasje

       Gdy wrócił do kraju zamieszkał we wspólnocie bieżanowskiej, ale też na krótko, bowiem ówczesny prowincjał ks. Czesław Konior zamianował go przełożonym w Koszycach Małych, gdzie sercanie zbudowali nowy kościół i dom rekolekcyjny. Pomagał w duszpasterstwie i stąd wyjeżdżał na rekolekcje parafialne i do klasztorów żeńskich, które stały się jego pasją. Najwięcej wygłosił ich siostrom ze Zgromadzenia Franciszkanek Rodziny Maryi i albertynkom. W sumie prowadził rekolekcje w niemal 30 zgromadzeniach żeńskich.

            Kiedy na początku lat 90-tych powstawał dwumiesięcznik „Czas Serca” i Wydawnictwo SCJ, chętnie dołączył do zespołu redakcyjnego, pisując regularnie teksty na temat duchowości Serca Jezusowego i nie tylko. Pierwsze swe teksty publikował na łamach „Gościa Niedzielnego”, gdy był ojcem duchownym w seminarium, potem w „Via consecrata”, „Życiu konsekrowanym” oraz w tygodniku „Niedziela” i dwumiesięczniku „Wstań”.

      Mieszkając w Stadnikach był jednocześnie wicerektorem seminarium i dyrektorem biblioteki. Przebywanie wśród książek bardzo polubił, i niemniej ich wydawanie. Do tej pory jest autorem kilkunastu pozycji, które ukazały się w różnych wydawnictwach, a ich tematyka dotyczy głównie duchowości chrześcijańskiej, kultu Serca Jezusowego, powołania świeckich i życia konsekrowanego. Niedawno ukazała się jego kolejna książka. pt: „Najpiękniejsze jest przed nami” – 365 refleksji eschatologicznych, a na 50-lecie kapłaństwa napisał z dedykacją dla wszystkich bliskich - „Zaproszenia do radości”.

            - Swoje kapłaństwo i życie zakonne wypełniłem także działalnością pisarską, bo przez książkę można trafić do szerszego grona ludzi, którzy nie zawsze zaglądają do kościoła czy uczestniczą w rekolekcjach – wyjaśnia dlaczego wciągnęło go pisanie.

            Równie silnie wciągnęła go przeniesiona z włoskiej prowincji Sercańska Wspólnota Świeckich oraz przeszczepiony z kolei z Austrii ruch Rodzin Serca Jezusowego. Przez 10 lat był moderatorem SWŚ, głosząc dni skupienia i rekolekcje dla powstających w wielu parafiach grup, które rozkrzewiają kult Serca Jezusowego, podejmują różne inicjatywy apostolskie i charytatywne. Z kolei Rodzinom Serca Jezusowego, których w kraju już jest 400 pomógł m.in. w przetłumaczeniu Modlitewnika. Ma nadzieję, że ten nowy ruch jeszcze mocniej zakorzeni się w Polsce.

            Kiedy w 1997 r. został prowincjałem polskich sercanów i zamieszkał w Warszawie nie przypuszczał, że rozpoczętą kadencję przerwie poważna choroba. Po latach uważa, że było to poniekąd opatrznościowe, bowiem będąc w stolicy znalazł fachową pomoc medyczną. Musiał jednak oddać kierowanie prowincją w inne ręce.

Najbliższe sercu

      Od 2000 r. mieszka we wspólnocie tarnowskiej. Jedynie na rok (2010) zmienił miejsce zamieszkania na Otwock, gdzie był kapelanem u sióstr Benedyktynek Misjonarek. Z Tarnowa wyrusza w Polskę głosząc dalej rekolekcje, dni skupienia, konferencje i tutaj pisze swe nowe książki. I mimo swych lat i różnych dolegliwości przyjął w ubiegłym roku propozycję bycia dyrektorem krajowym Arcybractwa Straży Honorowej Serca Jezusowego, bo pragnie nadal głosić to, co jest mu najbliższe – miłość Bożego Serca.

            - To coś dla mnie najważniejszego. Pokochałem Serce Jezusa, pokochałem Zgromadzenie, jego Założyciela i duchowość. Tym wszystkim staram się żyć codziennie. A początek jest w mojej rodzinnej Węglówce. To tutaj poznałem sercanów i siostry Franciszkanki Rodziny Maryi, które śpiewały: „Serce Jezusa, spraw niech Cię kocham coraz więcej”. Tutaj zetknąłem się z pobożnością mieszkańców i świątobliwymi kapłanami, a potem na swej drodze spotkałem wielu innych wspaniałych ludzi. I za to wszystko w tym jubileuszowym roku trzeba mi tylko wielbić Boże miłosierdzie – podsumowuje dostojny Jubilat, która z tej okazji codziennie odmawia Te Deum.

                                                                                                       Ks. Andrzej Sawulski SCJ

Życie Zakonne

zakon

 

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com