facebook


Najnowszy News

Br. Andrzej Gancarczyk SCJ radnym Prowincji Stanów Zjednoczonych

 

IN MEMORIAM

adam cz

14 września br. w kościele i na cmentarzu w Stadnikach sercanie, rodzina, znajomi i przyjaciele pożegnali śp. ks. Adama Włocha SCJ.


     Podczas Mszy św. pogrzebowej wspomnienie o zmarłym ks. Adamie powiedział ks. Andrzej Sawulski SCJ.

    To będzie bardziej wspomnienie. Wspomnienie o rówieśniku 90-letniej obecności sercanów w Polsce, o świadku początków polskiej prowincji. Wspomnienie po to, by zobaczyć, jaką osobę dziś żegnamy i co mu zawdzięczamy. By nie zapomnieć.

     A we wspomnieniach ważne jest to, żeby mieć się gdzie zatrzymać. W przypadku wspomnienia o ks. Adamie, jest bardzo dużo takich miejsc, wydarzeń, osób przy których można się zatrzymać, żeby poznać je bliżej, a tym samym osobę wspominaną.

     Zaglądnijmy najpierw do niewielkiej wioski Izdebnik k. Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie się urodził 10 września 1928 r. Nie pobył jednak tutaj długo, zaledwie rok, ponieważ z rodzicami (Józef i Eleonora) i starszym bratem (Stefan) przeniósł się do Krakowa, gdzie zamieszkali w peryferyjnej wtedy dzielnicy Rakowice. Później jeszcze kilka razy zmieniali mieszkanie, by ostatecznie osiąść przy ul. Józefa na pożydowskim Kazimierzu. I właściwie choć urodził się na wsi, to bardziej czuł się krakusem.

     Do lat dzieciństwa często wracał, bo – jak mówił – miał piękne, radosne dzieciństwo, pełne zabaw z rodzeństwem (dwóch braci i siostra), przyjaźni, a szczególnie czytania książek.

- Chętnie słuchałem czytanych przez mamę bajek, a potem gdy nauczyłem się czytać, siadałem w jakimś kąciku z kolorową książeczką i wchodziłem w świat bajkowy, utożsamiałem się z niektórymi bohaterami, a zwłaszcza dzielnymi, pełnymi dobroci, a również przeżywałem biedę i cierpienia z cierpiącymi– napisał w swoich wspomnieniach.

    Myślę, że świat książek wyrobił w nim wrażliwość na dobro i piękno, choć za oknami, na ulicach Krakowa był inny, ponury świat – okupacja niemiecka, atmosfera strachu, życie w codziennej obawie o swój los.

    Przed wojną zdążył ukończyć 5 klas Szkoły Powszechnej, a w czasie wojny resztę, a już po gimnazjum. Lubił naukę, a szczególnie podobało mu się harcerstwo, którego ideałom był wierny nawet wtedy, gdy już został księdzem. Mniej znany jest fakt, że otrzymał stopień „Harcerza Rzeczpospolitej” za działalność w ukryciu przed władzami komunistycznymi.

     Iskra powołania pojawiła się – jak mi powiedział – już w dzieciństwie, a sercanów poznał przez pochodzącego również z Izdebnika ks. Wincentego Turka, dalekiego krewnego. Nie wiadomo, dlaczego nie wybrał pijarów, z którymi miał większy kontakt, będąc ministrantem w prowadzonej przez nich kaplicy w Rakowicach. Fakt faktem w czerwcu 1947 r. przyszedł do Domu Macierzystego przy Saskiej z postanowieniem wstąpienia do sercanów.

     Był to czas, kiedy sercanie organizowali struktury prowincji, było ich dopiero kilkunastu, i szukali nowym miejsc dla swej działalności. Postulat i nowicjat funkcjonował już od 1944 r. w Stadnikach, w „Starym Domu” Wojciecha Michalika. W pobliżu, w szczerym polu, powstawał nowy dom zakonny i kościół. Przy ich budowie często pracował z kolegami, wśród których był m.in. ks. Kazimierz Marekwia. Nieraz słyszałem od ks. Adama , jakim to błogosławionym czasem był postulat i nowicjat, a zwłaszcza jego mistrz – ks. Władysław Majka, wychowawca wielu pokoleń sercanów. To właśnie on przekazywał im wiedzę o Zgromadzeniu, jego Założycielu oraz charyzmacie

    - To był prawdziwy Mistrz słowa i ducha. Potrafił zaszczepić w duszach młodych ludzi umiłowanie Ojca Założyciela i ducha Zgromadzenia – wspominał ks. Adam, podkreślając, że było to trudne, bowiem wymagało połączenia formacji z pracą fizyczną. Można przypuszczać, że ten czas mocno zahartował nowicjusza Adama na przyszłe, niełatwe czasy Polski Ludowej i pełne kolejnych przenosin.

    Do przeprowadzek przywykł od dzieciństwa. Zaraz po pierwszej profesji (13 lutego 1949) trafił we wrześniu 1949 r. do Tarnowa, gdzie z innymi przygotowywał się do ekstremistycznej matury, którą z kolei zdał w Krakowie. I znów powrót do Tarnowa i studia filozofii i teologii w diecezjalnym seminarium. Tutaj też, w kaplicy sióstr urszulanek i to o godz. 7.00 rano, 19 grudnia 1954 r. otrzymał razem z Romualdem Skowronkiem i Janem Muchą kapłaństwo z rąk bpa Karola Pękali.

     Pobyt w Tarnowie zaowocował jego nową pasją. Była to pasja pisarska i wydawnicza. Zapewne wtedy nie przypuszczał, że to, co będzie czynił w tym zakresie rozwinie się później do takiej skali, i stanie się niezastąpionym źródłem dla poznania dziejów polskiej prowincji.

     Odkrył potrzebę dokumentowania tego, co działo się podczas studiów, ale także szerzej, w całej prowincji. Razem z Józefem Nawieśniakiem założyli w 1951 r. kleryckie pismo „Ecce Cor”, a także „Kółko Dehoniańskie” dla pogłębienia znajomości Założyciela sercanów. Wydał pisany na maszynie, bogato ilustrowany „Album Jubileuszowy 1928-1953” na ćwierćwiecze sercanów w Polsce. To był dopiero skromny początek jego kronikarskiej weny. Nowym zapałem stała się bowiem fotografia i film.

     Po pięcioletnim mieszkaniu w Domu Macierzystym w Krakowie, gdzie pracował w biurze dobroczyńców, pomagał w duszpasterstwie parafialnym i w tworzeniu Studium Teologicznego, na początku lat 60. wrócił do stadnickiego domu, dokąd przeniesiono z Krakowa Studium Teologiczne, a dom po okresie zajęcia przez ówczesne władze, znów zaczął tętnić życiem.

     W ciągu 11 lat był w tym miejscu radnym i wicerektorem, prefektem studiów, wykładowcą liturgiki, magistrem kleryków, a w końcu w 1969 r. został rektorem.

    - Był bardzo cierpliwy i wyrozumiały dla nas kleryków, ucząc nas liturgii, by zawsze była piękna, a zarazem skromna – powiedział mi ks. Marian Niziołek.

    Mimo wielu obowiązków związanych z tymi funkcjami, znalazł czas na rozwój swego nowego upodobania. Najpierw robił zdjęcia dla potrzeb seminaryjnej i prowincjalnej kroniki, potem dokumentował różne uroczystości w parafiach: prymicje, I Komunie św., bierzmowania, wizytacje pasterskie. Domowym sposobem przygotowywał obrazki religijne, misyjne i kartki świąteczne. A po zakupie profesjonalnej kamery utrwalił na taśmie historyczne już wydarzenia z życia seminarium i prowincji, a potem związane z ogólnopolskimi wydarzeniami kościelnymi.

    To dzięki ks. Adamowi zachowały się dźwiękowe kroniki filmowe m.in. z wielu koronacji obrazów Matki Bożej (m.in. w Myślenicach, w Limanowej), czy też niezwykle cenna rzecz - długometrażowy film z uroczystości milenijnych Chrztu Polski, obejmujących obchody tych uroczystości w Gnieźnie, Częstochowie i Krakowie (kwiecień-maj 1966). Nakręcił kilkadziesiąt taśm Sercańskiej Kroniki Filmowej, a jego smykałkę do filmu docenił m.in. Krzysztof Zanussi.

     Miał talent organizatorski i wprowadzał w klasztorne mury – jak na tamten czas - wiele nowości, m.in. kurs prawa jazdy dla kleryków, teatr oraz zapraszał ciekawych ludzi świata kultury i nauki.

     Po skończonej pracy w Stadnikach, trzyletnim pobycie w domu zakopiańskim i rocznym na Węglówce, wyjechał na dłużej (14 lat) do Wiecznego Miasta. Jak sam to określił - szczęśliwym zbiegiem okoliczności trafił do Radia Watykańskiego. Tą szczęśliwą okolicznością był wywiad, jaki udzielali wtedy Radiu sercańscy misjonarze z Indonezji. Przyprowadził ich do Radia ks. Eugeniusz Hopciaś, który otrzymał propozycję pracy przy mikrofonie od odpowiedzialnego za polską Sekcję jezuity. A że szukano dobrych spikerów i tłumaczy, ks. Hopciaś polecił także ks. Adama, który od razu „wpadł w oko” szefostwu Radia. Ks. Adam zawsze podkreślał, że bardzo dużo zawdzięcza ks. Eugeniuszowi Hopciasiowi, który wprowadzał go w arkana pracy radiowej.

     Potem, by jeszcze lepiej poznać warsztat radiowca zrobił kurs mass-mediów na Papieskim Uniwersytecie Urbanianum, a następnie kurs dziennikarski środków audiowizualnych na Katolickim Uniwersytecie „Pro Deo”. Zdobył fachową wiedzę z dziedziny środków przekazu, co otworzyło mu drogę do stałego etatu. Uporządkował także radiowe archiwum. „Gdyby nie praca księdza Adama, nie mielibyśmy takiego archiwum” – podkreślił kiedyś były szef polskiej Sekcji ks. Majewski.

     Poza zajęciami w Radiu Watykańskim tłumaczył polskie wydanie czasopisma „Dehoniana”. Był także przez jakiś czas kapelanem i tłumaczem u Bonifratrów, prowadzących Aptekę Watykańską. A dla wielu przyjeżdżających z Polski do Rzymu – przewodnikiem i pomocą w załatwieniu rożnych spraw, choćby biletu na autobus czy samolot.

     Gdy w 1977 roku przybył na krótko do Polski już miał „na karku” Służbę Bezpieczeństwa, która chciała pozyskać w nim współpracownika i „swego człowieka” w Radiu Watykańskim. Po odmowie wrócił do Włoch, gdzie podjął dotychczasowe zajęcia, a o zaistniałej sytuacji poinformował przełożonego prowincji i generała. Przyjechał do kraju dopiero po 11 latach, po zmianach w 1989 roku i zamieszkał w domu bieżanowskim.

     Znając dobrze język włoski zajął się – za propozycją władz prowincji – tłumaczeniem różnych tekstów, listów i książek. Podjął również pracę nad materiałami dotyczącymi historii sercanów w Polsce.

     Ks. Adama poznałem w 1991 r., kiedy rozpoczęły się wstępne prace związane z powstaniem „Czasu Serca” i wydawnictwa. Wyznaczony razem ze Staszkiem Królem do tego projektu, rozglądaliśmy się za współpracownikami i zespołem redakcyjnym. Ks. Adam stał się naturalnym członkiem stworzonego zespołu.

     Na kolegia redakcyjne przychodził zawsze przygotowany, a jego znajomość warsztatu dziennikarskiego była niezwykle cenna w dyskusji i wypracowaniu profilu pisma. Nie narzucał nigdy swych racji. Był taktowny i swym humorem potrafił rozładowywać różne napięcia. Często powtarzał, że jego marzeniem było, by sercanie mieli własne wydawnictwo i czasopismo. I zależało mu, by jego czytelnikami byli dobroczyńcy.

     Miał wielu dobroczyńców, przyjaciół i znajomych, do których sam wysyłał ponad 200 egzemplarzy pisma. Cenił sobie przyjaźnie z ludźmi świeckimi. To kolejny rys jego duchowości. Zapraszał ich do bieżanowskiego domu na Msze św., adoracje i różne nabożeństwa. Prowadził swoiste duszpasterstwo dla świeckich, w tym starszych i chorych. Był członkiem Komisji ds. Świeckich Dehoniańskich. Organizował dla nich Dni Skupienia, wycieczki, budził u nich – za przykładem swego mistrza ks. Majki – chęć do życia sercańską duchowością w małżeństwie, rodzinach czy wolnym stanie.

     Nie przerwał nigdy swej działalności kronikarskiej. Niczym Wincenty Kadłubek podjął się przygotowania pierwszego, obszernego "Elenchusa Prowincji Polskiej" na 50. rocznicę jej istnienia. W tym celu raz w miesiącu przebywał przez dwa tygodniu w prowincjalacie w Warszawie, wertując i porządkując archiwum. Tłumaczył przy okazji bieżącą korespondencję oraz dokumenty Zgromadzenia. Jak sam zliczył, w sumie, w latach 1996-2002 spędził w Warszawie 868 dni. ( 2,5 lata)

      Miał coś więcej niż ducha benedyktyńskiej pracowitości. Tłumaczył artykuły, modlitewniki, książki o historii, duchowości i Założycielu. Opracował wiele życiorysów, zwłaszcza pierwszych sercanów w Polsce.

     Nie są to wyczerpujące informacje o tym, co wypełniło życie i powołanie ks. Adama. Dorobek jego działalności jest tak bogaty, że wymaga osobnych opracowań. Choć pozostawił po sobie dużą „skrzynię” wypełnioną słowem drukowanym i ulotnym, to tajemnicą pozostanie sfera ducha, który prowadził go po Bożych ścieżkach w Zgromadzeniu.

     Od jakiegoś czasu nawiązała się między nami ciekawa nić współpracy, szczególnie w zachowaniu ku pamięci dziejów polskiej prowincji. Rozmawialiśmy wiele razy na ten temat, a także mailowo. Pisał, że cieszy się tą wspólną działalnością, że mając już sporo lat, chce jeszcze na coś się przydać. W tej korespondencji można też zobaczyć coś więcej, mianowicie jego myślenie, wyrażające troskę o dobro prowincji.

     - Trzymaj swojego ducha wysoko, bo przed nami wiele pracy, dopóki ja żyję… widzę, że nie na darmo Pan Bóg przedłuża moje życie. Zbieraj wszystko, bo to jest nasze dziedzictwo, mało ważne czy będzie to publikowane! - Dziękuje Panu Bogu za nasze wspólne działanie… wiele uratujemy – napisał w maju 2016 r.  

    - Nie żyję żadnymi pretensjami i żalami, cieszę się wszystkim co przeżyłem, i że na stare lata mogę pracować i chociaż w części widzieć owoce mojego życia. Nie wiem, na ile zasłużyłem, ale mam poczucie, że tam od „góry” mam spore poparcie.

- Myślimy podobnie, nie czuję się już samotny w moich pomysłach i dążeniu do pisania, z dużą pokorą myślę, że jestem w jakiś, może niewielki sposób, potrzebny w naszej historii. Jestem świadkiem naszych korzeni, od których nie można się odcinać.

- Świadectwo historii nigdy nie ginie, nie da się go ukryć. Żeby budować przyszłość, trzeba znać nasze dzieje i się ich nie wstydzić!

- Cieszę się, że mogę być aktywny, co daje mi nowe siły i pozbawia poczucia starczej samotności. Tak wszyscy ludzie powinni żyć i wspierać się wzajemnie we wspólnej współpracy ku ogólnemu dobru. Wiem, że mamy do spełnienia wiele dobra, bo przecież nie chodzi o tanią propagandę ani o „kult jednostki”, nikogo nie chcemy pouczać, zmuszać do niczego, nie chcemy nikomu zagrażać… Chcemy być świadkami prawdy historycznej, naszych korzeni. Pracuję dla naszej prowincji, pracuję w ciszy, ciesząc się, że mogę jeszcze pracować.

     - Jestem uczniem ks. Majki, naszego pisarza, nie uczonego, ale żyjącego naszą rzeczywistością. Chciał być prawdziwym świadkiem naszych początków i dlatego zawdzięczamy mu wszystko. Nie byłem jego pupilem, ale od początku wyczuwałem, że on się czegoś po mnie spodziewa. Wiedział, że jestem przyszłym materiałem dla kontynuowania jego skrupulatnej pracy. Dzisiaj zdaje sobie z tego sprawę i jestem mu wdzięczny. Uczył mnie delikatnie kochać nasze życie, naszą duchowość, nasze dzieje. Dla niego Serce Boskiego Mistrza było wszystkim, to nie były puste słowa, to nie było puste serce

     W tym roku w Wielki Czwartek napisał: Dzisiaj uroczystość ustanowienia kapłaństwa. To, co najważniejsze w naszym życiu to kapłaństwo, i o tym dzisiaj trzeba myśleć.

     A w jednym z ostatnich maili takie słowa: Jestem wdzięczny Panu Bogu za wszystkie lata w służbie Zgromadzeniu i naszej Polskiej Prowincji i za to, że mogę jeszcze być pożytecznym dla naszej wspólnoty na stare lata.

     Zacytuję jeszcze jego słowa, które skierował do ks. Kazimierza Wawrzyczka, którego razem odwiedziliśmy we wrześniu 2016 r.

     - Ty, Kaziu, do końca pracowałeś dla prowincji. Bardzo ci dziękuję za wszystko, za ciepło które nam zawsze dawałeś. Niosłeś to ciepło przez tyle lat wszędzie, gdzie byłeś. Twoje ciepło rozszerzyło się po całej Polsce. Niektórzy przeliczają, ile lat się pracowało, ile domów się zbudowało, ile się zarobiło… My starzy nie domagamy się jakiegoś uznania. Piszę dużo, cieszę się jak coś publikuję. Wiem, że to, co zostało w mej pamięci, nie chce by kogoś pouczało, ale jako świadectwo, jak przeżywaliśmy wtedy ducha powołania. Czuję się na stare lata, jak turysta na górze, który patrzy na dolinę jak na całe życie. Widzę tam ludzi, których spotkałem. Ale pomyślałem kiedyś, że przecież w tej dolinie ja również jestem, ze swoimi błędami, ale i ludźmi, którzy są przy nas. Bardzo mnie to ucieszyło, bo wspólnie idziemy przez dolinę, z ludźmi którzy nam pomagają.

      Ks. Adam umiał dostrzec w drugich wiele zalet i ciepło o innych mówić nie z racji śmierci i pogrzebu, ale za ich życia i patrząc rozmówcy w twarz.

      Wpraw­dzie nie można zmienić swojej ani czyjejś przeszłości, ale można zmienić o kimś wspomnienia. W ostatnich latach ks. Adam dużo miejsca poświęcił sprawom ojczyzny i patriotyzmu. W styczniu 2016 r. podarował mi zbiór różnych tekstów, takiej jego antologii o ojczyźnie. Przekazywał je także swoim znajomym, by lepiej rozumieli, dlaczego trzeba kochać i służyć Polsce.

     Kiedyś wyznał, że patriotyzmu uczył się od rodziców, zwłaszcza od mamy, która często śpiewała pieśni o legionach. Chlubił się też tym, że brał w pogrzebie Marszałka Józefa Piłsudskiego w maju 1935 r. w Krakowie siedząc na plecach ojca.

     Każdy człowiek jest inny, niepowtarzalny. To także wola Stwórcy. Ile osób, tyle różnych historii, wiele z nich jakby podobnych, ale tak naprawdę każda jest inna.

     Kim był ks. Adam dla naszej prowincji? Jakim słowem określić to, co go najlepiej charakteryzuje?

     Kiedy pracując w „Gościu Niedzielnym” poprosiłem naszego współpracownika, dziennikarza „Czasu Krakowskiego” Jarosława Szarka (obecnie prezesa IPN-u), by pojechał do Bieżanowa do ks. Włocha i coś o nim napisał, zatytułował swój tekst – „Sercański Kronikarz”. Wiem, że to mu się bardzo spodobało.

     To prawda. Pozostanie w historii prowincji jako dotąd największy jej dziejopisarz, filmowiec, radiowiec, tłumacz i archiwista. Ale nie tylko był kronikarzem sercanów. Swym powołaniem i wszechstronną działalnością tworzył dzieje prowincji, której dobro i rozwój miał zawsze na myśli. W mojej pamięci pozostanie także jako pełen życzliwości i dobroci człowiek, wrażliwy i otwarty na potrzeby innych. „W naszej pamięci pozostaje jako bardzo oddany, kompetentny redaktor, uśmiechnięty i życzliwy kolega” – napisała na wiadomość o jego śmierci redakcja Radia Watykańskiego”.

     I jeszcze jedne z ostatnich napisanych jego słów: Dzisiaj rocznica moich święceń kapłańskich… Odprawiałem Mszę św. dziękczynną i wynagradzającą, jak co roku, pokornie dziękując za wszystkie otrzymane łaski przez te długie lata kapłaństwa. Sprawowałem Ofiarę Eucharystyczną z pokorą, bo odprawiałem mszę w swoim pokoju, już od pewnego czasu tak czy­nię, z powodu dolegliwości…. Cieszę się życiem, każdym jego dniem daro­wanym mi przez Pana Boga i wypełniam czas modlitwą, jak tylko potrafię i pra­cą, jeszcze staram się coś robić dla naszej Prowincji oraz robić zapiski dotyczą­ce historii mojego bogatego życia. …

     Mam jasną świadomość swych lat i dolegliwości związanych z nimi, i odkryłem wartości jakie te za­awansowane lata niosą ze sobą, Obecnie mogę głębiej przeżywać pla­ny Boże wobec starego człowieka. Ks. Majka, nasz mistrz duchowy, powie­dział mi, tak jakby mimochodem, że wszystko jest cenne, otrzymywane od Boga. Pan Bóg nie gasi w nas naszej natury, pomaga ją ubogacać, ale z drugiej strony tak prowadzi człowieka przez jego życie, że stajemy się coraz dojrzalsi, a w końcu doprowadza nas pod spokojny kres „zachodu słońca”, gdzie ludzkie życie wy­ciszone staje przed pięknem zachodu… prowadzącym do przejścia do Domu Ojca.

     W niedzielę 9 września jego oczy zamknęły się w przeddzień dziewięćdziesiątych urodzin. Wierzę, że w tym momencie zobaczył jednocześnie „wschód słońca”, w obiecanym nam wszystkim miejscu.

      I na koniec tego wspomnienia, coś osobistego. Dziękuję Ci, księże Adamie, za zaufanie, że pozwoliłeś mi poznać swoje wyjątkowe życie.

-------------------------------------------------

Po Mszy św., której przewodniczył prowincjał sercanów w Polsce, ks. Wiesław Święch SCJ, ostatnie stacje pogrzebu w kościele i na cmentarzu prowadził ks. Janusz Bieszczad SCJ, przełożony domu w Krakowie Bieżanowie, gdzie od 1989 r. mieszkał ks. Włoch. Z kolei na cmentarzu słowo o swym rocznikowym koledze powiedział ks. Kazimierz Marekwia SCJ, najstarszy obecnie sercanin Polskiej Prowincji.

Życie Zakonne

zakon

 

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com