facebook


Najnowszy News

Prokocim czolo

"Gość Niedzielny" o pracy ks. Lucjana Szczepaniaka w szpitalu

      Pogrzeb śp. Ks. Franciszka Leżańskiego odbył się 17 października br. w Stadnikach. Mszy św. w kaplicy cmentarnej przewodniczył prowincjał ks. Wiesław Święch, a koncelebrowało ponad 30 księży, w tym proboszcz rodzinnej parafii w Kasince Małej ks. prałat Tadeusz Dziedzic i ks. Jan Zając, były kapelan ze Śnieżnicy. W ostatnim pożegnaniu wzięła udział najbliższa rodzina zmarłego sercanina i znajomi.

     Kazanie pogrzebowe wygłosił kolega rocznikowy ks. Kazimierz Sławiński SCJ.

    „Pełni głębokiego wzruszenia, ale umocnieni wiarą i nadzieją, stajemy dziś przy ołtarzu Pana i przy trumnie śp. ks. Franciszka, aby wspólnie gorąco się za niego modlić, a przede wszystkim złożyć ofiarę uwielbienia, dziękczynienia i przebłagania jaką jest każda Msza św. Mimo, iż od kilku dobrych lat stan zdrowia księdza Franciszka budził wiele niepokojów i były nawet momenty krytyczne, jego nagłe odejście z tego świata w ub. czwartek (15.10.2020) było dla wielu z nas prawdziwym zaskoczeniem. Już św. Augustyn mówił: „Bóg zataił przed nami godzinę śmierci, abyśmy się każdego dnia jej spodziewali”.Zwłaszcza więc dla rodziny Zmarłego i tych, którzy byli z nim bliżej związani, jego odejście budzi zrozumiały ból i smutek, na które, szczęściem dla nas, nasza wiara rzuca kojące i zbawienne światło.

     Przed chwilą wysłuchaliśmy dwóch, jakże wymownych i budzących nadzieję urywków Pisma św. Spotkanie naszego Pana i Zbawiciela z cierpiącą po śmierci ukochanego brata Łazarza Martą (J 11,17-27) należy z całą pewnością do tych momentów Ewangelii, które w sposób zwięzły i jasny ukazują ostateczną perspektywę naszego ziemskiego bytowania. Delikatny wyrzut Marty: „Gdybyś tu był, mój brat by nie umarł” ukazuje jej głęboką wiarę w miłość i moc cudotwórczą Jezusa. Ona wie, jak bardzo Pan kochał Łazarza, jakim uczuciem darzył ją i jej siostrę Marię, więc gdyby tu był nie doszłoby przed czterema dniami do śmierci ukochanego brata. I chociaż nadal wierzy, że Jezus może wszystko, na razie nie jest w stanie dopuścić do siebie myśli, by zmartwychwstanie Łazarza mogło się dokonać zaraz. Dlatego zapewnienie Jezusa: „Brat twój zmartwychwstanie”, odnosi ona do zmartwychwstania w dniu ostatecznym. I w tym właśnie momencie P. Jezus wyjawia jej, a tym samym nam wszystkim, prawdę o sobie i o konsekwencjach wiary w Niego: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki”. Kto wierzy, żyć będzie, bo Jezus jest zmartwychwstaniem i życiem. Jeśli już tu na ziemi żyjemy w bliskości Chrystusa i dla Niego, właściwie nie umieramy, ale tylko zmieniamy miejsce pobytu, gdyż, jak słyszeliśmy w I czytaniu (Flp 3,20-21): „Nasza ojczyzna jest w niebie”, i od Pana naszego J. Chrystusa oczekujemy, że przekształci nasze ciała na podobne do swego uwielbionego ciała. Ileż radości i nadziei budzi w nas ta scena z Betanii. Żyjąc na tym świecie, jesteśmy już zanurzeni w wieczności.

     Ale staje się tak tylko wtedy, gdy na zapytanie Jezusa: „Wierzysz w to?”, możemy z całą szczerością i w prawdzie odpowiedzieć wraz z Martą: „Tak, Panie, ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży…”.

     „Wierzysz w to?”. To pytanie niejednokrotnie stawiałeś sobie, Księże Franciszku, za życia, a już z pewnością zostało Ci ono zadane w momencie przejścia do domu Ojca. Całe Twoje życie było pasmem odpowiedzi pozytywnej na to tak ważne w życiu pytanie. Wiara kazała Ci świadomie odpowiedzieć na wezwanie do życia zakonnego, z wiary wynikała Twoja decyzja przyjęcia kapłaństwa i z wiarą realizowałeś, na każdym odcinku życia, Twoje zadania. Dzisiaj już nie wierzysz, Ty teraz już wiesz. Ale wiary swej dochowałeś do końca i mogłeś z radością powiedzieć za św. Pawłem: „Stoczyłem piękną walkę. Bieg ukończyłem. Wiarę ustrzegłem” (2Tm 4,7). Strzegłeś tej wiary i nią się kierowałeś w życiu. Umiałeś jej nawet bronić… Z wiary wypływały wszystkie znaczące momenty Twego życia:

    Urodził się śp. ks. Franciszek stosunkowo niedaleko stąd, bo w Kasince Małej k. Mszany Dolnej w dniu 28.10.1940 r. jako trzeci spośród czworga rodzeństwa. Rodzice Jan i Wiktoria Dudzik, prowadząc 6 hektarowe gospodarstwo, nie zaniedbywali religijnego wychowania swojej córki i trzech synów. Po skończeniu miejscowej szkoły podstawowej Franciszek uczęszczał przez pół roku do LO w Limanowej, ale musiał naukę przerwać z powodu nagłej operacji wyrostka robaczkowego. Po wakacjach zapisał się do Liceum Pedagogicznego w tymże mieście, a po ukończeniu dwu klas zgłosił się w wakacje 1957 r. do Księży Sercanów. Do nowicjatu w Mszanie Dolnej, jak dobrze pamiętam, przywiózł go furmanką Tata, który przez trwanie naszego postulatu i nowicjatu co jakiś czas pojawiał się w naszym domu przywożąc niektóre wiktuały. I Profesję złożyliśmy (było nas bodaj 9) 20.10.1958r., następnie przez dwa lata kończyliśmy w Tarnowie studia licealne, a po maturze przez jeden rok pracowaliśmy w biurach różnych domów prowincji. Lata 1961-63 to dwuletnie studium filozofii w Krakowie. Po czterech latach studiów teologicznych w Stadnikach przyjęliśmy tam święcenia prezbiteratu z rąk ks. bpa J. Groblickiego w dniu 18.06.1967. Wspólnie odbyliśmy przez rok tzw. tirocinium pastoralne w Krakowie, po czym drogi całego rocznika się rozeszły. Ks. Franciszek został wikariuszem w parafii Grębów (diecezja przemyska). W ciągu dwu lat pracy na tym stanowisku dojrzewała w nim myśl, by prosić o zezwolenie na wyjazd na misje zagraniczne. Po krótkim przygotowaniu w Polsce i w Belgii wraz z innymi misjonarzami Polakami wyjechał w dniu 31.08.70 z Brukseli do Kinshasy, by rozpocząć trudną przygodę pracy w zupełnie odmiennych warunkach. Tu śp. ks. Franciszek przeżył, na różnych stanowiskach i z wielkim poświęceniem, 16 lat swego kapłańskiego posługiwania. Praca nie była łatwa, bywały często trudne i niebezpieczne przeprawy do odległych miejscowości, czasem i pieszo, by zanosić tamtejszym wiernym Boże słowo i sakramenty. Wrócił do kraju w 1986 r., podejmując próby przystosowania się ponownie do nowych warunków. Rok na wikariacie w Binczarowej, dwa lata w Bełchatowie nie dawały mu jasnej odpowiedzi, co ma czynić. W 1989 postanowił włączyć się do grupy misjonarzy krajowych. Przez 17 lat prowadził tę zbożną działalność mieszkając w klasztorze w Tarnowie, a następnie przez 9 lat z Bełchatowa. Tu w 2015 r. musiał zaniechać wyjazdów na rekolekcje, ale mieszkając nadal przy parafii chętnie oddawał się pomocy w duszpasterstwie, nie szczędząc zwłaszcza czasu na pracę w konfesjonale. Był cenionym spowiednikiem. Kilka ostatnich lat życia naznaczonych było słabnącym zdrowiem i wynikającym z tego cierpieniem. Modlił się w tym czasie dużo, zwłaszcza w formie adoracji Najśw. Sakramentu i na różańcu. Kilkakrotnie hospitalizowany, na dzień przed odejściem z tej ziemi znalazł się ponownie w szpitalu, by tam oddać swoją duszę Panu we wspomnienie św. Teresy z Avilii.

            Oto najważniejsze wydarzenia z życia śp. ks. Leżańskiego. Ale jak pokrótce scharakteryzować Jego sylwetkę? Jakim był typem człowieka? Kiedy się zastanawiałem nad tym, co powiedzieć, natrafiłem na ciekawą opowieść o pewnym zakonniku w Krakowie, który prosił prowincjała, aby mógł sam wygłosić kazanie na swoim pogrzebie, motywując: „Nie chciałbym, aby “żałobny kaznodzieja opowiadał” obecnym na pogrzebie o moich cnotach, o jakich mi się w życiu nawet nie śniło. Sam sobie powiem kazanie na pogrzebie, bo moje ‘cnoty’ znam najlepiej”. Z przygotowanych przez tego zakonnika krótkich tekstów i nagrań wyszło kazanie nie na temat zmarłego, ale o miłości, jego ulubionym temacie.

Znając Cię od przeszło 60 lat, Drogi Franciszku, sądzę, że opowiedziana anegdota pasuje do Ciebie. Na swój temat czy w sprawach rodzinnych raczej byłeś niewylewny. Nie lubiłeś, by się Tobą zajmowano. Dysponując tubalnym i mocnym głosem sprawiałeś wrażenie bycia nieprzystępnym, chcącym zawsze dominować, a czasem nawet niemiłym dla innych, często szorstkim. Były to jednak zazwyczaj pozory, pod którymi ukrywałeś swe pełne wyrozumiałości, życzliwości i dobroci serce. Tak oceniali Cię wierni, którzy byli w kontakcie z Tobą. A jeden z naszych współbraci z rocznika napisał do mnie po śmierci Franciszka, kolegi rocznikowego: „Nie miałem z nim żadnych konfliktów, tak mi przynajmniej pamięć mówi. Jestem mu wdzięczny za 63 lata wspólnej drogi u Sercanów, za oryginalne oceny wielu sytuacji i jego swoiście roztropne „aleś głupi“. Niech Boże Serce będzie jego wieczną nagrodą, a nam niech wyprasza wierne finalizowanie naszej drogi do Domu Ojca! Pozdrawiam Cię z całego serca i modlę się za Niego i za wszystkich Współbraci – w duchu jedności. Antoni SCJ. Oczywiście, jak każdy z nas, miał i śp. ks. Franciszek ludzkie słabości, z których już z pewnością rozliczył się przed Bogiem. Nam pozostaje obowiązek modlitwy za spokój jego duszy i wyrażenie wdzięczności Bogu za wszelkie dobro, które przez jego ręce spłynęło na nas, na Zgromadzenie i na cały Kościół. Żyj w pokoju, Drogi Franciszku, niech Boże Serce będzie Twoją nagrodą! Amen.

--------------------------------------------------------------------------------------

       15 października br. w Bełchatowie wieku 79 lat zmarł ks. Franciszek Leżański, długoletni misjonarz krajowy i w Kongo. 

     Miał naturę górala zagórzańskiego z Kasinki Małej, skąd pochodził i gdzie w dolinie Raby pod masywem Szczebla spędził swe dzieciństwo. Ale ci, którzy znali go bliżej twierdzą, że za tą twardą skórą, niskim głosem i surowym spojrzeniem kryło się miękkie serce. Wybrał zresztą Zgromadzenie zakonne powołane miedzy innymi po to, by głosiło orędzie miłości Serca Jezusowego na całym świecie. Widocznie chciał to robić, bowiem po profesji zakonnej w domu nowicjatu na Lachówce w Mszanie Dolnej 20 października 1958 r, następnie seminarium i święceniach w Stadnikach 18 czerwca 1967 r. wyjechał w 1970 r. z trzema kolegami (Idzi Biskup, Franciszek Ślęczka, Jerzy Szempliński) na misje do ówczesnego Zairu. A tam przez 16 lat był dla mieszkańców wiosek i miast świadkiem wiary, modlitwy, braterstwa, szacunku dla rodzimych obyczajów i wrażliwości na najbardziej potrzebujących pomocy. W tym wszystkim zapewne pomagały mu cechy charakteru, jakie wyniósł z rodzinnych stron i które zachował do końca.

      Patrząc z boku wydawało się, że ks. Franciszek był skory, by wystarczać sobie w swoich potrzebach. Nie narzucał się, znosząc cierpliwie różne trudności wynikające z podeszłego wieku i problemów zdrowotnych, jakie coraz częściej się pojawiały. Natura misjonarza nie pozwalała mu jednak na bezczynność, kiedy wrócił w 1986 r. z Afryki. Został z kolei od 1989 r. misjonarzem krajowym, mieszkając w tarnowskim domu sercanów. Stąd wyruszał z rekolekcjami i misjami intronizacyjnymi Serca Jezusowego do setek parafii w Polsce. Wierni słuchali także jego ciekawych opowiadań i wspomnień z afrykańskiego lądu.

      - Dziękuję Ci, księże, że byłeś taki miły dla nas, że nam opowiadałeś tak ładnie o misjach – napisał ktoś obok rysunku, jakim dzieci miały zilustrować opowieść misjonarza.

      Gruby, niski głos ks. Franciszka nie wystraszał najmłodszych słuchaczy, którzy najlepiej wyczuwali, że kryje się za nim dobrotliwe serce misjonarza. Wyczuwali to także parafianie w Bełchatowie, gdzie od kilkunastu lat mieszkał we wspólnocie sercanów prowadzących parafię Matki Kościoła. Jego konfesjonał przed ołtarzem św. Barbary zawsze miał petentów. Był tutaj także odpowiedzialnym za Rycerstwo Niepokalanej i nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca.

      Dwa lata temu obchodził 60. rocznice pierwszej profesji zakonnej, którą złożył we wspomnianej Mszanie Dolnej wspólnie z pięcioma kolegami. Trzech z nich (Jan Bylica, Władysław Stasik, Franciszek Ślęczka) już spoczywa na cmentarzu w Stadnikach.  17 października br. jego doczesne szczątki spocznęły obok w mogile.

                                                                                                                       Ks. Andrzej Sawulski SCJ

Życie Zakonne

zakon

 

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com