facebook


Najnowszy News

Wideokonferencja przed Konferencją Generalną na Filipinach

TRUDNYCH CZASÓW

Skowronek cz

Był najmłodszym przełożonym w historii prowincji, dobrym prawnikiem, skutecznym mediatorem i inicjatorem nowych wyzwań w niełatwych czasach.

 

     Ks. Romuald Skowronek swoje długie trwające 90 lat życie rozpoczął w Brzezinach Śląskich, dużej dzielnicy Piekar, gdzie mieszkali jego rodzice Wilhelm i Monika z d. Trzeja. W dzieciństwie poznał dziadka Karola, który był górnikiem i tak go lubił, że po pogrzebie chcieli go z kuzynem odkopać na cmentarzu.

      Tata Wilhelm zmarł młodo, mając zaledwie 52 lata. Był kolejarzem i niemalże cudem uniknął wywózki do Auschwitz. Z kolei matka, mimo różnych chorób żyła 93 lata, a ostatnie kilkanaście lat mieszkała w prowadzonej przez ks. Romualda parafii w Maulbronn w Niemczech. Miał też rodzeństwo, siostry Jadwigę i Marię. Ta ostatnia została Boromeuszką i przez wiele lat pracowała w prowadzonym przez zgromadzenie Domu Opiekuńczo-Leczniczym w Cieszynie.

     Gdy zamieszkali przed wojną w Mikołowie, a potem po wkroczeniu wojsk niemieckich do miasta dojeżdżał do gimnazjum w Katowicach, był nieraz świadkiem pożegnań na dworcu młodych chłopców przez matki, siostry i narzeczone, siłą wcielonych do Wehramachtu.

     Ten obraz został mu w pamięci na zawsze. I nie mógł zrozumieć, dlaczego w kościele, gdzie był ministrantem, spotykali się wspólnie na nabożeństwach i modlitwie Polacy i Niemcy, a gdzie indziej byli wrogami.

     Jak wspominał, pragnienie bycia księdzem obudziło się w nim już w dzieciństwie i nawet powiedział o tym swoim rodzicom. Gdy oczekiwał pochwały, usłyszał: „zastanów się dobrze”. Myślał wówczas o seminarium śląskim, gdzie byli już jego trzej kuzyni. Ale pewnego dnia poznał sercanina, ks. Franciszka Nagyego, który odwiedził jego gimnazjalnego katechetę.

    We wrześniu 1947 r. pojawił się w Krakowie Płaszowie zdecydowany by zostać sercaninem. Zaraz potem rozpoczął w starym dworku Michalików w Stadnikach postulat i nowicjat.

     - Naszym mistrzem był ksiądz Władysław Majka. Oprócz studium, modlitwy, adoracji i konferencji mieliśmy sporo pracy przy budowie w pobliżu nowego klasztoru, gdzie po przeprowadzce miała miejsce nasza pierwsza profesja zakonna 20 grudnia 1949 roku – wspomina nowicjacki kolega ks. Paweł Leks, dodając, że razem z nimi śluby składali bracia Stanisław i Władysław Łukasikowie.

      Ks. Skowronek zawsze z sentymentem wspominał ten czas, choć rzeczywistość była niemal „spartańska”, bez elektryczności, przy lampie naftowej, w kilkuosobowym pokoju z walizką pod łóżkiem i pobudką o 5.50. Szczególnie dużo zawdzięczał ks. Majce. Jego konferencje o duchowości, Założycielowi, a przede wszystkim osobiste świadectwo wbiły się na trwałe w pamięć młodego kandydata do Zgromadzenia. To wszystko przekonywało go, że warto poświęcić swoje życie głoszeniu miłości Sercu Jezusowemu.

      Studia filozofii i teologii przed kapłaństwem odbył w seminarium tarnowskim. W nowo otwartym domu przy ul. Rogyskiego 12 najpierw przygotowywał się z kolegami do matury eksternistycznej, którą zdał w Krakowie. W młodości – jak mówił – nauka go nie pociągała, ale wszystko się zmieniło, kiedy słuchał seminaryjnych wykładów, także po łacinie, razem z 25 klerykami sercańskimi i uczestniczył w nieraz burzliwych dyskusjach, które ubogacały serce i umysł.

      - Zasmakowałem wtedy radości z nauki. Urzeczeni byliśmy wykładami wielu profesorów, a szczególnie późniejszych biskupów Bednarczyka i Blecharczyka, infułata Jana Bochenka, księży Józefa Majki, Reca i Smolenia – wspominał w swych zapiskach.

      Święcenia kapłańskie przyjął z rąk bp Karola Pękali 19 grudnia 1954 r. wspólnie z ks. Adamem Włochem i ks. Janem Muchą w kościele przyklasztornym sióstr urszulanek. Na prymicyjnym obrazku zamieścił słowa Psalmu 21: „Czego pragnęło serce moje dałeś mi Panie i prośbie ust moich nie odmówiłeś”.

      - To był ładny gest wobec sióstr, które znajdowały się za klauzurą, a które w ten sposób mogły pierwszy raz uczestniczyć w wydarzeniu święceń kapłańskich – wyjaśnia ks. Józef Gaweł, były prowincjał sercanów.

            Od razu po święceniach został ekonomem w Domu Macierzystym w Krakowie. W trudnym dla wszystkich, a szczególnie dla Kościoła latach komunizmu, musiał zabiegać o wyżywienie niemal 50 współbraci. Na rowerze lub z małym wózkiem chodził od sklepu do sklepu, stał w długich kolejkach, by cokolwiek kupić na klasztorny stół.

       W 1956 r. został wysłany przez prowincjała ks. Jana Bema na studia doktoranckie z prawa kanonicznego na KUL. I chociaż miał obawy, czy podoła, dwa lata później cieszył się z tytułu magistra. Doktorat napisany pod okiem wybitnego znawcy prawa rzymskiego ks. prof. Aleksego Petraniego obronił w 1971 r., gdy mieszkał w Zakopanem, skąd dojeżdżał z wykładami do seminarium.

      - Miał talent pedagogiczny. Jego wykładów słuchało się z wielkim zainteresowaniem. Pamiętam, jak wiele czasu i wysiłku dydaktycznego poświęcił na wyjaśnienie czym jest ustawa – mówi ks. Stanisław Mieszczak, jego były student, obecnie przełożony Domus Mater w Krakowie.

      Studia na KUL pozwoliły mu poznać wielu późniejszych biskupów i znanych profesorów, a także siostry zakonne z różnych zgromadzeń, które wówczas studiowały. Utrzymywał kontakty m.in. z biskupami: Bednorzem, Tokarczukiem, Baziakiem, Ablewiczem, a biskupów: Szwagrzyka, Rozwadowskiego i Groblickiego ściągnął potem z wykładami do Stadnik.

      W 1958 r. powierzono mu opiekę nad alumnami w domu tarnowskim, którzy jeszcze nie mieli matury. Został rektorem nieoficjalnego „Seminarium” sercańskiego i musiał zorganizować dla 25 kleryków wykłady na poziomie licealnym. A że trzeba było młodych ludzi także nakarmić, założył biuro dobroczyńców, którego kierowanie powierzył ks. Włodzimierzowi Kmiecikowi.

     Na początku lat 60-tych wrócił do Stadnik, skąd dojeżdżał na KUL w związku z pracą doktorską i pomagał ekonomowi ks. Józefowi Karpierzowi. Pracy było sporo. Ukończenia wymagała duża część klasztoru, w tym nowa kaplica, aula, sale wykładowe i biblioteka. Zaledwie w ciągu kilkunastu dni wzniesiono wysoki mur od strony ulicy, co nie spodobało się ówczesnej władzy.

      - Pojechaliśmy z księdzem Karpierzem do architekta Fedaka, by prosić go o radę bo znałem go już jako nowicjusz od początku budowy. Przyjął nas serdecznie i mówi: nie ma sprawy. Wyjął maszynę, stare formularze i stare pieczątki i wydał pozwolenie z wcześniejszą datą. Tak się wtedy załatwiało sprawy – napisał po latach, dodając, że pan Fedyk często pojawiał się przy grobie ks. Michała Wietechy, którego podziwiał za odwagę i za to, że swoje pomysły realizował wbrew wszelkiej nadziei.

      - Ileż nocy nie przespał przewożąc starą, ledwo dyszącą ciężarówką gorącą jeszcze cegłę i materiały budowlane do Stadnik i to w nocy, bo znajomi milicjanci go znali i przymykali oczy – wspominał ks. Romuald.

     Mając zaledwie 33 lata, w październiku 1963 r. ks. Romuald Skowronek został piątym przełożonym Polskiej Prowincji Sercanów, a potem był prowincjałem w drugiej kadencji do 1969 r. Były to lata, gdzie relacje między państwem i Kościołem były bardzo napięte i trzeba było umiejętnie zarządzać wszystkim, by nie narazić dobro osób, posiadanych placówek oraz prowincji. W podobnej sytuacji były inne zgromadzenia, diecezje, parafie, biskupi i prowincjałowie, zwłaszcza gdy chodziło o uzyskanie pozwoleń na budowę nowych obiektów sakralnych, czy choćby otrzymania paszportu. Nad wszystkim władza chciała mieć kontrole, nawet przy zatwierdzaniu wykładowców w seminariach, nauką religii, a klerycy otrzymywali wezwania do wojska. Paszportu na wyjazd na studia do Rzymu nie otrzymał m.in. ks. Józef Gaweł, a prowincjał z tego samego powodu nie mógł uczestniczyć w kapitule generalnej.

      Mimo tych różnych trudności udało się ks. Skowronkowi dokonać niemało dla ciągle młodej jeszcze prowincji. Sukcesy w jej rozwoju i przetrwaniu bez większych uszczerbków niespokojnych czasów nie przypisywał jednak wyłącznie sobie, lecz wielu innym współbraciom, m.in. ks. Józefowi Nawieśniakowi, ks. Władysławowi Majce i ekonomowi prowincjalnemu ks. Stefanowi Stawczykowskiemu, który – jak twierdził – działał na granicy największego ryzyka i niebezpieczeństwa.

      Na pewno do najważniejszych dokonań zaliczyć trzeba połączenie filozofii i teologii w jedno seminarium w Stadnikach oraz odzyskanie własności domu płaszowskiego, gdzie władze najpierw utworzyli szpital dla kobiet upośledzonych, a potem dla dzieci. To on ze swoim zarządem doprowadził do przeniesienia siedziby prowincjalatu z Domu Macierzystego do tzw. białego domu w ogrodzie. Kiedy w 1995 r. nowym miejscem kurii sercanów stała się Warszawa tak napisał do prowincjała ks. Czesława Koniora: Przeniesienie prowincjalatu z Krakowa do stolicy jest na pewno ważnym i radosnym wydarzeniem w historii naszej Prowincji. Bogu dzięki, że wpływamy na szersze wody. Stary prowincjalat, „białym domem” zwany, jest dla mnie symbolem „krakowskiego Betlehemu”. Powstał dosłownie ze stajni i stodoły. Kilka letnich miesięcy mieszkałem bezpośrednio nad stajnią ze świniami, z otworami w murach na rury centralnego ogrzewania, których w tym czasie nie można było dostać”.

      Z kolei w domu głównym urządzono kaplicę na strychu, zyskując przez to nowe mieszkania, a w ogrodzie postawiono z okazji Milenium figurę Serca Jezusowego.

     Za jego przełożeństwa sercanie z Polski wyjechali w 1967 r. na misje do Indonezji. Sam w kościele w Stadnikach wręczył im krzyże misyjne, co upamiętnia znane zdjęcie przed kościołem.

      - Potrafił u władz załatwić pozwolenie na wyjazd, co nie było prostą sprawą. Nawiązał kontakt z werbistami, którzy podpowiedzieli, co trzeba zrobić, by otrzymać pozwolenie polityczne. Do Stadnik przyjechał nawet sekretarz ambasady Indonezji z rodziną, a arcybiskup Wojtyła przyjął misjonarzy u siebie i powiedział słynne już zdanie: Traci was Kościół w Polsce, ale zyskuje za to Kościół powszechny” - relacjonuje ks. Gaweł, dodając, że za jego czasów prowincja otworzyła się na pomoc duszpasterską w diecezjach gorzowskiej, sandomierskiej i przemyskiej.

     - Słynny pokój „Prymasówka” w seminarium też wiąże się z księdzem Skowronkiem, który z okazji 200. rocznicy ustanowienia święta Serca Jezusowego zaprosił do Stadnik prymasa kard. Wyszyńskiego i arcybiskupa Wojtyłę. Przyjechał Wojtyła, a prymas przeprosił zajęty ważnymi sprawami – opowiada ks. Gaweł.

     Za jego kadencji w Stadnikach pojawiły się siostry Boromeuszki, natomiast w Płaszowie siostry Józefitki, które mieszkały w „Białym Domku”, pracując w prowincjalacie i w parafii.

     - Pracowałam w Płaszowie 12 lat, głównie jako organistka w parafii, ale często przepisywałam na maszynie teksty dla prowincjała. Sekretarką była siostra Celina. Bardzo mile wspominam ten czas, a ksiądz Skowronek był człowiekiem bardzo szczerym i życzliwym dla wszystkich. To był człowiek – można rzecz – z sercem na dłoni. Wiele się od niego nauczyłam – opowiada s. Terezja Krężelok, wychowawczyni w dziedzinie muzyki kościelnej wielu pokoleń Józefitek, mająca dziś 86 lat. Dodaje też, że zawsze stawał po stronie dobra i bronił drugiego, kiedy był niesłusznie krytykowany.

      - To był człowiek otwarty i życzliwy i wyrozumiały. Miał bardziej ludzkie niż prawnicze podejście do spraw. Nie miał w sobie zawiści. Podkreślał, że na zło trzeba odpowiadać nie złością, ale dobrem – podkreśla ks. Gaweł i zaznacza, że bardzo cenił sobie osobę ks. Majki, który potrafił przekazać swym wychowankom piękno duchowości sercańskiej, uważając ją za główną nawę kościoła, a nie boczne kapliczki. Potem po latach pracy w Niemczech wyznał: Szczerze mówiąc: im starszy jestem tym bardziej dziękuję Panu Bogu za duchowość sercańską. Wprawdzie nie dorastam do niej, mimo wieku, nie jestem godny do tej wspólnoty należeć, niemniej jednak nie wyobrażam sobie duszpasterstwa bez niej.

            W lipcu 1969 r. ks. Skowronek zamieszkał w Zakopanem, gdzie pracował nad sfinalizowaniem doktoratu. Spod Tatr wyjeżdżał z wykładami do seminarium w Stadnikach, a także do Warszawy, gdzie na Akademii Teologii Katolickiej prowadził wykłady zlecone z „prawa misyjnego”.

            W 1974 r. zdecydował się na wyjazd do pracy duszpasterskiej w Niemczech, gdzie został najpierw wikariuszem parafii Mühlacker oraz Maulbronn, a trzy lata później administratorem w tej ostatniej. Uczył w szkole religii, przygotowywał dzieci do I komunii św.. młodych do bierzmowania, dorosłym głosił katechezy. Odwiedzał chorych w szpitalach, domach starców w dekanacie, pomagał w spowiedziach w sąsiednich parafiach. Nieraz w niedzielę musiał odprawić cztery Msze św. w kościołach filialnych. Przez mieszkańców i parafian został przyjęty życzliwie i obdarzony zaufaniem. Przez 40 lat pracy posługiwał się rowerem przemierzając miejscowość wzdłuż i wszerz, a po drodze robił zakupy, rozmawiał z ludźmi, załatwiał sprawy urzędowe. Miał propozycję pracy w sądzie biskupim, ale coraz bardziej nasilały się różne dolegliwości zdrowotne. Kiedyś wyznał, że „piękniejszego życia niż w duszpasterstwie potrafię sobie wyobrazić, mimo, że nieraz bywa ciężko”.

     - Był bez reszty oddany parafii. Dziwiliśmy się czemu nie chce wrócić do Polski, a on ciągle miał świadomość, że jest bardzo potrzebny tamtejszym parafianom – zauważa ks. Gaweł.

     W święto Podwyższenia Krzyża św. 14 września 2014 r. pożegnał swoją parafię, a wdzięczność za 40 lat posługi kapłańskiej wyrazili mu oprócz parafian przedstawiciele wielu środowisk i duchowni. Jego zaangażowanie i dorobek duszpasterski, ale także szacunek, jaki zdobył wśród katolików i osób innych wyznań sprawiły, że ordynariusz pozwolił mu zamieszkać na emeryturze w parafii, co było wyjątkiem od reguły. Przez jakiś czas pomagał w duszpasterstwie swemu następcy ks. Tadeuszowi Mazurowi, a potem zamieszkał w domu opieki. Dwa lata temu postanowił wrócić do Polski i do chwili śmierci przebywał w prowincjalacie w Warszawie.

     Podczas wspomnianego pożegnania z parafią w Maulbronn i przemówienia do gości, ostatnią myślą ks. Skowronka a zarazem jego życzeniem były słowa: Życzę każdemu tyle radości w życiu, w zawodzie i służbie kościołowi, ile jej sam doświadczyłem w moim długim i niełatwym, ale jakże ciekawym życiu. Kończę moje przemówienie cytatem z 1. Listu św. Jana: „Nie trwóż się mała owczarnio! Pan Bóg jest miłością.... a miłość nie zna strachu”. Niech Was Pan Bóg błogosławi i strzeże.

                                                                                                                          Ks. Andrzej Sawulski SCJ

--------------------------------------------

Na zdjęciach: przed kościołem w Stadnikach z bp Tadeuszem Szwagrzykiem i neoprezbiterami z roku 1965, uroczystości pożegnania misjonarzy jadących do Indonezji w 1967 r. , spotkanie z arb Karolem Wojtyłą w kurii krakowskiej, święcenia w 1967 r. udzielone przez bp Juliana Groblickiego, 25-lecie profesji zakonnej br. Antoniego Borowego, Kościół św. Bernarda w Maulbronn, odwiedziny w Maulbronn prowincjała ks. Wiesława Święcha.

Życie Zakonne

zakon

 

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com