facebook


Najnowszy News

 

PRZYJĘCIE DO GRONA MINISTRANTÓW

 MIŁOŚĆ SERCA JEZUSA

swiech cz

16 kwietnia br. w wieku 87 lat zmarł ks. Stanisław Święch SCJ, sercanin i misjonarz z wyboru. Większość swego życia poświęcił pracy na misjach i na rzecz misji.

 

     Misjami interesował się już w dzieciństwie, a szczególnie gdy trafił do Małego Seminarium w Tarnowie. Czytał różne gazety piszące o krajach w Afryce, dokąd udawali się misjonarze. Coś go pociągało w tamte strony, i nie była to młodzieńcza chęć przygody, ale pragnienie bycia blisko tamtejszych ludzi i pomagania im. Jeszcze w młodości nie wiedział, że jego koleje życia tak się potoczą, że na afrykańskiej ziemi spędzi większość lat ze swego kapłaństwa, i że faktycznie będzie blisko tubylców, bo w samym buszu.

     Rodzinny dom w niewielkim miasteczku Bobowa, gdzie się urodził 23 marca 1934 r. był bardzo skromny, pokryty strzechą, jak większość domostw w ówczesnym czasie. O miejscowości wspomina w swych Kronikach nawet Jan Długosz, a dawny wygląd miasta utrwalił w swych szkicach Stanisław Wyspiański. W ciągu wieków Bobowa miała różnych właścicieli, m.in. znany ród Gryfitów, który zasłużył się pod Grunwaldem. Ale to urocze miasteczko położone nad rzeką Białą kojarzy się może najbardziej z chasydami (odłam judaizmu), którzy pojawili się w tych stronach w XVIII w. , a w latach dzieciństwa Stanisława Święcha stanowili niemal połowę bobowskiej społeczności.

     Chasydzi mieli swoją synagogę, katolicy trzy kościoły: Wszystkich Świętych, św. Zofii i Św. Krzyża. W najstarszej świątyni z XIV w. pw. Wszystkich Świętych rodzice Michał i Helena Święchowie ochrzcili czwórkę swych dzieci – trzy córki i syna Stanisława.

     Ojca w zasadzie nie pamięta, bo zmarł gdy miał zaledwie 4 lata. Był oficerem rezerwy, a na co dzień dobrym szewcem. Zmarł nagle przy pracy w swym warsztacie. Kiedy jeszcze przed pandemią odwiedziłem go w domu Wydawnictwa w Krakowie, pokazał mi jego zdjęcie w mundurze, a poniżej zdjęcie swej matki. Po śmierci ojca, nie była to łatwa sytuacja dla matki, która zostając sama z czwórką małych dzieci, opiekowała się jednocześnie swoją schorowaną mamą.

     - Moja mama była bohaterską kobietą. Nieraz się zastanawiałem, skąd miała siły, by nas wszystkich nakarmić i wychować po śmierci taty. Miała duże nabożeństwo do Matki Bożej Bolesnej, której obraz jest bardzo czczony w bobowskim kościele. Wiele razy przyprowadzała nas przed niego i szeptała ciche modlitwy – wspominał ks. Święch.

     Ministrantem został jeszcze przed pierwszą Komunią św. Wpadł w oko proboszczowi i wikaremu, który zachęcił go do służby przy ołtarzu.

     - Lubiłem zawsze kościół, Mszę świętą, wszystkie nabożeństwa, szczególnie Gorzkie Żale i wszystko, co działo się w parafii. Zdałem ministranturę po łacinie i służyłem niemal codziennie – wspominał tamte lata.

     Do szkoły podstawowej poszedł razem ze swymi rówieśnikami, ale już do Małego Seminarium Diecezjalnego w Tarnowie z kilkoma kolegami. Jako wyprawkę dostał od szwagra jego garnitur ślubny. Gdy władze zamknęły Małe Seminarium, uczęszczał do stworzonego w to miejsce Studium Humanistycznego, gdzie w 1952 r. zdał maturę. Te lata nie były dobre dla Kościoła. Ze szkół wyrzucano katechizację, władze utrudniały pracę księży, których śledzono, a kto wznosił nową świątynię, napotykał tylko trudności.

     W tej niesprzyjającej atmosferze wobec Kościoła i duchowieństwa, młody maturzysta z Bobowej postanowił wstąpić do seminarium, by zostać księdzem. Nie miał wątpliwości, że to jego droga i jak podkreślał, nigdy nie żałował tego wyboru.

     Jego rocznik liczył prawie 60 alumnów. Wtedy to poznał pierwszy raz sercanów, którzy mieszkając w Tarnowie przy Rogoyskiego 16, chodzili na wykłady do budynku seminarium diecezjalnego. Potem ta znajomość okazała się istotna, gdy przyszedł moment podjęcia decyzji, by przyjść do sercanów i wyjechać na misje.

     - Ze Stanisławem przeżyłem pięć lat w seminarium. Do każdego z kolegów odnosił się z życzliwością, dobrocią i radością. Słabszym kolegom pomagał w nauce. Budowałem się jego częstym nawiedzaniem Najświętszego Sakramentu w kaplicy seminaryjnej – wspominał w 2007 r. podczas 50-lecia kapłaństwa jego kolega kursowy ks. Józefa Zabrzański. Podobne cechy ks. Stanisława: dobroć, życzliwość i wielkie serce do spotykanych ludzi, wyliczał podczas jubileuszu były proboszcz w Bobowej, ks. Stanisław Chrzan.

     Święcenia przyjął razem ze swymi kolegami, wśród których byli sercanie: Karpierz, Wakan, Kania, Biskup, Słupczyński. Ale nie były w katedrze, jak to zwykle bywało, lecz w kościele Najśw. Serca Jezusowego „na Grabówce” . Główna świątynia diecezji była wówczas w remoncie. Ktoś by powiedział: ale pech! On odczytał to opatrznościowo, że ten właśnie kościół, któremu patronuje Serce Jezusa, był miejscem początku jego kapłańskiej drogi w diecezji, a która niedługo miała go zaprowadzić do Zgromadzenia księży spod znaku Bożego Serca.

     Zresztą za motto kapłańskiego życia i pracy wybrał i zamieścił na prymicyjnym obrazku wezwanie: „O Boskie Serce w pierś mą włóż gorącą miłość ludzkich dusz”. Z tym zawołaniem poszedł najpierw do wiernych swej pierwszej parafii w Ujanowicach k. Limanowej, a po 3 latach do Bochni, gdzie również był kapelanem szpitala. Ostatnią jego diecezjalną placówką była niewielka parafia Siedliska Bogusz k. Jasła.

     - W Bochni byłem najdłużej, bo dziewięć lat. Pracy było sporo, ponieważ parafia liczyła piętnaście tysięcy wiernych. Wszystko robiłem, co należało do wikarego, ale coraz bardziej odzywało się w sercu pragnienie wyjazdu na misje do Afryki – opowiadał.

     Tym pragnieniem podzielił się z ówczesnym ordynariuszem tarnowskim bp Jerzym Ablewiczem, który był zaskoczony prośbą młodego księdza o pozwolenie wstąpienia do sercanów, co wiązało się z możliwością zostania misjonarzem. Wówczas diecezja nie wysyłała swych księży na misje, jak to czyni obecnie.

     - Gdy nosiłem się z myślą wstąpienia do Zgromadzenia i wyjazdu na misje, nikt temu nie wierzył. Kiedy już załatwienie formalności z Biskupem i Zgromadzeniem Księzy Secanów dobiegło końca, przyjechałem do Bobowej, aby powiadomić proboszcza i rodzinę. Zastałem księdza kanonika Jana Kurka odmawiającego brewiarz koło kościoła, który gdy mu oznajmiłem mój zamiar, powiedział: „Stasiu, czyś ty zgłupiał?: Mieszanie uczucia zastałem również w domu rodzinnym” – wyznał po latach w czasie swego Złotego Jubileuszu kapłaństwa.

      - Biskup Ablewicz był zaskoczony moją decyzją, wysłał mnie jeszcze na parafię do Siedlisk, ale gdy ponowiłem po jakimś czasie swą prośbę, zgodził się. Potem okazało się, że moja prośba natchnęła biskupa do otwarcia diecezji na misje „ad gentes”, a nawet sam pojechał z pierwszymi kandydatami do Francji, którzy zgłosili się na misję do Konga – wspominał ks. Święch, dodając, że gdy przyjeżdżał na urlop biskup zawsze zapraszał go do kurii na pogawędkę o misjach. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie od ks. Święcha rozpoczął się prawdziwy wysyp misyjnych powołań w diecezji tarnowskiej. Kolejni następcy abpa Ablewicza (abp Życiński, abp Skworc) co roku wysyłali księży do Afryki, Ameryki i Azji.

      Nowicjat u sercanów rozpoczął w 1970 r. w Pliszczynie, składając pierwszą profesję zakonną razem z ks. Józefem Glucklichem.

- Było nas kilku i uczył nas łaciny. Mimo że był już księdzem z kilkunastoletnim stażem, nie sprawiał dystansu. Dużo czasu spędzał z nami, uczestniczył we wszystkich pracach, zmywał z nami naczynia. Zawsze taktowny i życzliwy, a misje były jego największym marzeniem – mówi ks. Józef Glucklich.

Kolejne odnowienia ślubów czynił już na Czarnym Lądzie, także śluby wieczyste złożył w 1974 r. w Kinshasie. Zanim jednak pojawił się w ówczesnym Zairze, razem z kolegami, ks. Sroczyńskim i ks. Osowskim, trafili przez Rzym do Francji, gdzie pobierali naukę francuskiego od jednego z francuskich współbraci. Potem szlifował francuski jeszcze na miejscu, w sercańskiej misji Lubutu, a następnie rodzimy język lingala w Kinshasie.

- Parafia św. Klemensa w Kinshasie, teren mojej pracy, choć usytuowana niedaleko od centrum miasta, należała do bardzo ubogich. Brak dróg i komunikacji miejskiej, jakichkolwiek zakładów pracy, wiele rodzin utrzymuje się z drobnego handlu na stolikach przy drodze. Większość ulic to ścieżki wysypane śmieciami i utwardzone stopami ludzkimi. Bezrobocie, brak środków do życia, powodują, że wiele dzieci i młodzieży nie uczęszcza do szkoły, wałęsa się po ulicy i często z głodu kradnie. Kilkuletnia wojna domowa w latach dziewięćdziesiątych i ciągłe niepokoje w regionach przygranicznych, śmierć około dwu i pół miliona ludzi w bratobójczych walkach a także z głodu i braku lekarstw dają o sobie znać – pisał w jednym ze swych listów dodają, że często ludzie pukają do drzwi misjonarzy, chwiejący się z głodu, płaczący, że w domu nie ma już nic, by dzieciom dać jeść.

     Potem pracował jeszcze bliżej ludzi, bo w buszu, dokąd dojeżdżał różnymi środkami transportu, najczęściej łodzią.

Do 1989 r. bywał na urlopie w kraju kilka razy. Nie przypuszczał, że ten ostatni pobyt wakacyjny w 1989 r. nieco się przedłuży.

     - W tym to czasie zmarła moja mama, której tak wiele zawdzięczam. Jednak nie mogłem być na jej pogrzebie, dopiero odwiedziłem jej grób na Wszystkich Świętych. Polski prowincjał zaproponował mi, bym został dłużej w Polsce, by rozbudzić ducha misyjnego w prowincji. Miałem zostać na rok, ale w tym czasie wybrano mnie na sekretarza misji zagranicznych i zostałem na 12 lat – wspominał, dodając, że w 1990 r. został także ekonomem w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie.

    - Po raz pierwszy spotkałem się z nim we wrześniu 1991 r. Wywarł na mnie ogromne wrażenie. Był to silny i postawny człowiek, a jednocześnie wrażliwy, łagodny i bardzo szczery…. Był na każde wezwanie. Zawsze otwarty i życzliwy. Jego wręcz ewangeliczna cierpliwość była najlepszą wizytówką doświadczonego misjonarza… Zawsze tworzył wokół siebie klimat przyjaźni i rzeczowej współpracy” – tak mówił o ks. Święchu ówczesny dyrektor krajowy Papieskich Dzieł Misyjnych, a obecnie ordynariusz kielecki bp Jan Piotrowski, również były misjonarz w Kongo i Peru.

     Dla ks. Święcha wprawdzie skończyła się praca typowo misyjna, ale zaczęła się inna – na rzecz pomocy misjom. Organizował spotkania z misjonarzami, ich rodzinami, których także odwiedzał w miejscach zamieszkania. Gromadził ich raz w roku na zjazdach w Krakowie, Stadnikach. Olsztynie czy Kluczborku. Odwiedzał swych kolegów w Kongo, w RPA i Kamerunie. Zdobywał dla nich fundusze, wysyłał potrzebne rzeczy. Dzielił się misyjnymi wspomnieniami w parafiach prowadzonych przez sercanów i tam, gdzie był zapraszany, szczególnie na Niedzielę Misyjną. O misjach i pracy sercanów w Kongo pisał do rozmaitych czasopism. Jest autorem broszurki: „Idźcie, dajcie ludziom poznać miłość” opisującej tragiczne wydarzenia w Zairze w 1964 r., podczas których śmiercią męczeńską zginęło wielu misjonarzy sercańskich. Tak działał dla misji do czasu, kiedy w 2005 r. pojawił się w Polsce prowincjał z Konga nakłaniając go do wyjazdu na krótkie zastępstwo za włoskiego sercanina. Pojechał bez wahania. Miał tam być kilka miesięcy, został 5 lat.

     W parafii w Kinshasie, gdzie pracował już w 1972 r., razem z ks. Franciszkiem Kuchtą założyli profesjonalną szkołę dla informatyków i Internet dla kształcącej się młodzieży. To była prawdziwa nowość. Przy pomocy ambasady polskiej, nuncjatury apostolskiej i Papieskich Dzieł Misyjnych wybudowali duży budynek, gdzie znalazły się pomieszczenia dla komputerów i uczniów. Przedstawiony projekt zyskał przychylność Unii Europejskiej, która wsparła go finansowo.

    Nowatorski pomysł został także dostrzeżony w Polsce. Ówczesny prezydent RP Lech Kaczyński poprzez ambasadora w Kongo odznaczył ks. Święcha i ks. Kuchtę jednym z najwyższych odznaczeń – orderem Odrodzenia Polski (Polonia Restituta).

     Honorów było więcej, bowiem obchodząc w 2007 r. 50-lecie kapłańska w rodzinnej Bobowej, ks. Święch otrzymał godność Honorowego Obywatela Gminy. Jak napisano w akcie nadania obywatelstwa, został włączony w poczet honorowych obywateli „za 50 lat posługi duszpasterskiej i 35 lat ciężkiej odpowiedzialnej pracy misyjnej z dala od ojczyzny, rodziny i rodzinnej miejscowości Bobowa. Za wierność Bogu, Jego Najświętszemu Sercu i swemu powołaniu, za czynienie dobra wobec bliźnich i samarytańską posługę chorym i potrzebującym, za życzliwość, skromność i serdeczność w codziennym życiu, za godną naśladowania serdeczną więź z rodzinną miejscowością, a także okazywane wsparcie duchowe społeczności gminnej”.

Stałą więź ks. Stanisława ze swym rodzinnym gniazdem i z parafią, mimo pracy w odległych stronach, potwierdza także były proboszcz w Bobowej, ks. Stanisław Chrzan.

     - Co jeszcze budziło mój podziw i uznanie? Pamięć księdza Stanisława o swej rodzinnej parafii i kapłanach w niej pracujących. Gdy tylko znalazł się w Bobowej, chociażby na krótki pobyt zawsze starał się znaleźć chwilę czasu, by ich odwiedzić, zapytać o sprawy parafii. On nadal żyje życiem naszej parafii” – podkreśla.

     W 2005 r. wracając do Polski zatrzymał się w Belgii, by odwiedzić swoich kolegów, z którymi pracował w Kongo. I znów miał być tutaj na chwilę, lecz owa chwila przedłużyła się o kolejne lata. Chciał pomóc ks. Gąsikowi, który został proboszczem w La Capelle, miejscu urodzin o. Jana Leona Dehon. Pracy było dużo, bo do obsługi było kilkanaście kościołów dojazdowych, lecz otrzymał inną propozycję, mianowicie posługi w domu w Brukseli na furcie, przy  telefonie i gościach, którzy tu zaglądają z całego świata. Przyjął ją, bo zawsze miał w zwyczaju nie odmawiać aktualnym potrzebom.

     - Mieszkałem w pokoju sąsiadującym przez korytarz z pokojem, gdzie w bardzo skromnych warunkach żył, pracował, modlił się i umarł nasz Założyciel. Wspólnota była różnorodna co do wieku i narodowości. Moja praca polegała na drobnych, ale koniecznych w domu usługach – objaśniał mi podczas jednego z wielu spotkań.

     Nasilające się problemy zdrowotne zmusiły go do powrotu w 2016 r. do Polski. Wrócił do kolebki sercanów i zamieszkał w Domu Wydawniczym w Krakowie.

     - Nadszedł czas, aby podziękować Panu Bogu za to, co było i przygotować się do tego, co będzie. Za kilka miesięcy czeka mnie znów Jubileusz 60-lecia służby Bogu w kapłaństwie. Nie mogę powiedzieć, że dokonałem jakichś nadzwyczajnych dzieł na misjach. Ale jak mogłem, tak pracowałem. Oddałem misjom najlepszą część mego życia i nigdy tego nie żałowałem – wyznał.

            W czasie zamieszkania w Domu Wydawniczym starał się jeszcze być w miarę aktywny, choć dolegliwości zdrowotne (słaby wzrok) coraz bardziej doskwierały. Śmiał się, że jego „przyjaciółką” była duża lupa, która pomagała mu coś zobaczyć w komputerze i przeczytać. Mówił mi, że jeżeli już nie da rady głosić kazań, pomagać w spowiedzi, to chce być zawsze pomocny prowincji i Kościołowi przez modlitwę i adorację. Na biurku zawsze miał otwarty brewiarz.

      W ostatnim czasie dopisał do Testamentu jedno zdanie: „Nie wiem, kiedy mnie Bóg powoła, ale chciałbym być pochowany w Polsce”. To pragnienie zostało wysłuchane.

                                                                                                       Ks. Andrzej Sawulski SCJ

---------------------------------------------------

Na zdjęciach:

  1. Jako wikary z mamą w Bobowej
  2. I profesja w Pliszczynie
  3. Par. św. Gabriela w Kisangani
  4. Kongo – 1985 r.
  5. Przeprawa przez Basoko
  6. Zjazd rocznikowy diecezjalny z bp Bobowskim
  7. W czasie wakacji w Polsce
  8. Pielgrzymka do La Sallete
  9. Audycja misyjna w Radiu Maryja
  10. 100-lecie ewangelizacji Konga
  11. W Tiraspolu na Mołdawii z prymasem Glempem
  12. W swym pokoju w Domu

Życie Zakonne

zakon

 

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com